|
Kolarstwo - moje życie!
Wacław Skarul kończy dziś 70 lat
.jpg)
Wacław Skarul i Rafał Majka.
Fot. archiwum Wacława Skarula
Wacław Skarul kończy dziś, 28 września 2026, siedemdziesiąt lat. W swym wielce pracowitym życiu od ponad 55 lat jest z kolarzami. Na dobre i na złe. Był ich trenerem, prezesem, mentorem. Nadal nie rozstaje się z rowerem i pilnie śledzi to, co dzieje się na na szosach, torach i trasach MTB.
Urodził się 28 września 1956 we Wrocławiu. To ważny rok w polskiej historii. W maju Stanisław Królak wygrywa jako pierwszy Polak Wyścig Pokoju, w czerwcu w Poznaniu robotnicy zakładów "Cegielskiego" demonstrują o godne życie i wolność, w październiku Władysław Gomułka daje na placu Defilad w Warszawie rodakom nadzieję na lepszą przyszłość.
Jest rok 1960, w Rzymie odbywają się Igrzyska Olimpijskie. Ścigają się tam kolarze. Wyścig ze startu wspólnego wygrywa reprezentant Związku Radzieckiego Wiktor Kapitonow, za nim na mecie meldują się Włoch Livio Trappe i Belg Willy van den Bergen. Polacy nie zdobyli medali, ale pojechali nieźle: Stanisław Gazda był szósty, Bogusław Fornalczyk - jedenasty a Wiesław Podobas - 12. W tym to roku 4-letni Wacław Skarul potrafi już samodzielnie jeździć na rowerze. – Miałem wówczas dziecięce "Bobo", które sprawiało mi wielką radość. Pedałowałem na nim wokół domu, mieszkałem z rodzicami przy ulicy Słowiańskiej - naprzeciw słynnego bunkra, i najbliższej okolicy. Radowała mnie jazda, wchodzenie w zakręty. Rower wielokrotnie leżał, ja razem z nim. Trzeba było go naprawiać, moje kolana były często posiniaczone i pokrwawione - wspomina.

Wacław Skarul i Ryszard Szurkowski z polskimi kolarzami.
Fot. archiwum Wacława Skarula
Ma 13 lat i staje się posiadaczem "Eski", roweru czeskiej produkcji, solidnej konstrukcji będącej skrzyżowaniem maszyny szosowej z turystyczną. – Już mogłem cieszyć się jazdą po Wrocławiu, nie tylko wokół domu. I obserwować na Stadionie Olimpijskim w maju 1969 roku jak Ryszard Szurkowski wygrywa etap Wyścigu Pokoju. To było niesamowite przeżycie. To było pierwsze zetknięcie z Ryszardem, młodego kibica z człowiekiem, o którym później pisałem pracę magisterską, i z którym współpracowałem przez kilka lat jako asysent trenera reprezentacji polskich kolarzy.
– I choć jako nastolatek zawzięcie pedałowałem na rowerze, to moja droga do sportu rozpoczęła się od wioślarstwa. Zabrakło jednego z zawodników, więc dałem się namówić przez kolegów, by uzupełnić czwórkę. Miałem silne nogi, więc spróbowałem. Były treningi na Odrze, były i regaty. Ale ostatecznie trafiłem do kolarstwa, czego nie żałuję - mówi we wrześniu 2026 były trener, były prezes polskich kolarzy i ich mentor.
Wacek Skarul rozpoczyna przygodę z kolarstwem na początku lat 70-tych. We Wrocławiu działa wówczas siedem klubów, trafia do największego i najlepszego - Dolmelu. Są dwie gwiazdy, dwa wielkie nazwiska: Ryszard Szurkowski (szosa) i Janusz Kierzkowski (tor). Jest kogo podpatrywać, podziwiać. Trenerzy mówią: – Masz predyspozycje torowca. Trenuje, startuje, odnosi pierwsze sukcesy - jest rok 1973. I pierwsze wyjazdy zagraniczne.

Wacław Skarul i Joachim Halupczok
Fot. archiwum Wacława Skarula
– Jest rok 1975. Startuję we Włoszech, w Mediolanie na torze kolarskim Vigorelli. Ścigam się na słynnym obiekcie. Rywalizuję ze znanymi zawodnikami. Wygrywam jeden z wyścigów. Jadę po listewkach ze szwedzkiego drewna sosnowego. Nie jak wcześniej w Polsce na betonie. Ten odgłos zetknięcia roweru z tym skandynawskim podłożem generuje niezwykły dźwięk, który zachowałem do dziś w swej pamięci - podkreśla z sentymentem.
Startuje na torze, odnosi sukcesy. I poznaje tych, którzy czynią to samo i walczą o reprezentacyjne ostrogi: Jana Jankiewicza, Krzysztofa Sujkę, Czesława Langa i innych. Poznaje też trenera Mariana Więckowskiego i jego piękną córkę Małgosię na jednym ze zgrupowań.
Czerwiec 1975 jest końcem kariery kolarskiej Wacka Skarula. Podczas zawodów w Żyrardowie dramatycznie upada. Traci świadomość, szpital. Jeden, później kolejne miejsce, gdzie dochodzi do zdrowia. Nie zrywa jednak z kolarstwem, bowiem kończy studia na Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu, pisząc pracę magisterską o Ryszardzie Szurkowskim. O jego wydolności fizycznej. Pisze ją w roku 1979, a rok później jest po raz pierwszy na Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie. Jako asystent trenera i zarazem lekarza Zbigniewa Rusina.

Wacław Skarul i Michał Kwiatkowski.
Fot. archiwum Wacława Skarula
– Byłem na pięciu igrzyskach olimpijskich. W Moskwie cieszyłem się z sukcesu Czesława Langa (srebro) i na torze Kryłatskoje widziałem triumf złotego medalisty Siergieja Suchoruczenkowa podczas wyścigu ze startu wspólnego. Osiem lat później jestem w Seulu, gdzie nasza drużyna w jeździe drużynowej na 100 km zdobywa srebrny medal w składzie Zenon Jaskuła, Marek Leśniewski, Andrzej Sypytkowski i Joachim Halupczok. Przegraliśmy złoto o siedem sekund z ekipą z NRD. Na koreańskiej imprezie Ryszard Szurkowski był trenerem, ja jego asystentem. Cztery lata później melduję się na igrzyskach w Barcelonie, gdzie nie zdobyliśmy medalu: Andrzej Sypytkowski był szósty w wyścigu ze startu wspólnego. W Londynie, na kolejnych, nie ocieramy się o medal, ale z Rio de Janeiro wracamy z dwoma: Mai Włoszczowskiej (srebro MTB) i Rafała Majki (brąz w wyścigu ze startu wspólnego) - bardzo syntetycznie ujmuje swoją obecność na pięciu olimpiadach, podkreślając dobitnie, że każdy z tych medali był źródłem emocji i radości, świętem dla niego i Polski Kolarskiej.
Wacław Skarul - ponad 55 lat z kolarzami. Od jesieni 1984 do jesieni 1988 była to twórcza współpraca z trenerem polskich szosowców Ryszardem Szurkowskim. – Zadzwonił w październiku 1984 i zaproponował mi funkcję asystenta. Zgodziłem się od razu i pod koniec tego roku w Zakopanem odbyliśmy pierwsze zgrupowanie kolarzy, dzieląc się rolami. Nasza współpraca trwała owocne pięć lat. Myślę, że uczyliśmy się nawzajem: ja od Ryszarda zagadnień treningu i taktyki, on ode mnie spraw związanych z wydolnością zawodników. W grudniu 1988 zastąpiłem Ryśka na stanowisku i prowadziłem samodzielnie kadrę do 1992 roku. A w sezonie 1989 Joachim Halupczok we Francji pojechał fenomenalnie po tytuł mistrza świata, sprawiając mi ogromną radość

Wacław Skarul podczas telewizyjnego komentowania Tour de Pologne z Michałem Kwiatkowskim i Maciejem Kurzajewskim.
Fot. archiwum Wacława Skarula
Minęły lata, przyszedł rok 2014 i polscy kolarze startują na mistrzostwach w świata w hiszpańskiej Ponferradzie. Prezesem Polskiego Związku Kolarskiego jest wówczas Wacław Skarul, selekcjonerem Piotr Wadecki. Jedzie dziewiątka: Michał Kwiatkowski, Michał Gołaś, Maciej Paterski, Maciej Bodnar, Bartosz Huzarski, Barłtłomiej Matysiak, Przemysław Niemiec, Michał Podlaski i Paweł Poljański. – Siedzę w loży VIP-owskiej i ciągle słyszę od innych ważnych ludzi, a to z Niemiec, a to z Norwegii, z innych jeszcze krajów: co ci Polacy robią? Dla kogo oni jadą? Może dla Hiszpana Valverde? Nasi, po prostu, przez większość wyścigu kontrolowali tempo peletonu i chronili swojego lidera, co umożliwiło Michałowi Kwiatkowskiemu przeprowadzenie genialnego ataku na ostatnich siedmiu kilometrach. Zwycięskiego. Radość była ogromna, Mazurek Dąbrowskiego brzmiał przepięknie, a na zdjęcie naszej reprezentacji patrzę ze wzruszeniem - nawiązuje do championatu sprzed 12 lat. I dodaje: – Michał sprawił mi tego dnia, 28 września 2014, niesamowity prezent na me 58. urodziny. Polskie złoto na hiszpańskiej ziemi w moje urodziny!
Wacek Skarul kończy dziś 70 lat. Większość życia spędził z kolarzami. Był na pięciu igrzyskach olimpijskich, wielokrotnie na mistrzostwach świata. Był pomocnkiem Ryszarda Szurkowskiego i jego następcą jako trener narodowej reprezentacji. Był cenionym nauczycielem akademickim w Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu. Od marca 2011 do października 2016 był prezesem Polskiego Związku Kolarskiego. Trenował też kadrę austriackich szosowców. Pracował także w biznesie. Przejechał kawał świata, choć, jak przyznaje, nie był jeszcze na Grenlandii. Wychował i wykształcił, plus minus, stu trenerów kolarstwa.

Andrzej Sypytkowski, Joachim Halupczok, Wacław Skarul, Marek Leśniewski i Zenon Jaskuła. Polska drużyna wywalczyła na Igrzyskach Olimpijskich w Seulu (1988) srebrny medal w jeździe drużynowej na 100 km. Do złotego zabrakło raptem 7 sekund.
Fot. archiwum Wacława Skarula
Mieszka od urodzenia we Wrocławiu. Kocha to miasto. I to z lat powojennych, gdy blisko ulicy Słowiańskiej (dom rodziców, dwóch sióstr i jego) przebiegała ulica Legnicka pełna gruzów, rozwalonych domów - swoisty obraz zniszczenia i destrukcji. I ten z późniejszych czasów, gdy dorastał, gdy wchodził w świat sportu, i gdy podnosiło się ono z ruin i piękniało. – To miasto pięciu rzek i stu kilkudziesięciu mostów. Idealne na jazdy i spacery rowerowe. Można ścieżkami z każdej strony dojechać do Rynku, zawsze pięknego i zawsze tętniącego życiem.

Kasia Niewiadoma i Wacław Skarul. Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro. Rok 2016.
Fot. archiwum Wacława Skarula
Uwielbia jazdy rowerem po Wrocławiu. Podziwia miasto i uspokaja duszę. Miesięcznie pokonuje około 500 kilometrów. Wiosną i latem więcej, gdy jest chłodniej - trochę mniej. Jazda samochodem zawsze sprzyjała mu przyjemność, w latach trenerskich obowiązków rocznie przejeżdżał około 100 tysięcy kilometrów. Żona Aleksandra jest jego dobrą duszą, świetnie gotuje, dobrze tańczy. Słucha muzyki z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku. Lubi podróże. I wie, że swym życiem wpisał się na zawsze w historię polskiego kolarstwa, w historię Wrocławia.
Dużo zdrowia Wacku! Trzymaj się!
Piotr Kurek
|